• rozwiń
    • WIG20 2319.10 -1.69%
    • WIG30 2669.43 -1.61%
    • WIG 60097.10 -1.44%
    • sWIG80 12009.31 -0.51%
    • mWIG40 4238.99 -0.95%

Ostatnia aktualizacja: 2019-03-22 17:15

Dostosuj

Najwięcej zgonów w Polsce od II wojny światowej. A liczba urodzeń spada

Ekspert o czynnikach przyczyniających się do wzrostu liczby urodzeń Odtwórz: Ekspert o czynnikach przyczyniających się do wzrostu liczby urodzeń
Ekspert o czynnikach przyczyniających się do wzrostu liczby urodzeń "Źródło: TVN24 BiS"

W 2018 roku zmarło w Polsce 414 tysięcy osób - wynika z danych GUS. Tyle zgonów nad Wisłą nie było od zakończenia II wojny światowej. Jednocześnie - mimo miliardów złotych pompowanych w program 500 plus - spadła liczba urodzeń.

Tak dużą liczbę zgonów, jaką odnotowano w ubiegłym roku, GUS przewidywał dopiero w czwartej dekadzie XXI wieku. Tego, że liczba Polaków, którzy umierają, wzrośnie, można się było spodziewać. To efekt starzenia się osób z powojennego wyżu demograficznego. Martwiący może być jednak fakt, że wyprzedziliśmy prognozy, a w ostatnich latach przestała rosnąć średnia długość życia w naszym kraju (CO ZABIJA POLAKÓW? - CZYTAJ WIĘCEJ W MAGAZYNIE TVN24).

Jednocześnie w 2018 r. urodziło się zaledwie 388 tys. dzieci – o 3,5 proc. mniej niż w roku poprzednim. O rozwierających się "nożycach demograficznych" rozmawiamy z demograf, profesor Ireną Kotowską.

Krzysztof Krzykowski: Z ostatnich danych GUS wynika, że program 500 plus nie poprawił trwale problemów z przyrostem naturalnym. Jakie są tego przyczyny?

Irena E. Kotowska, prof. SGH, przewodnicząca Komitetu Nauk Demograficznych PAN: Moim zdaniem oczekiwanie, że program 500 plus trwale poprawi przyrost naturalny, było naiwnością. Musimy sobie zdawać sprawę z tego, że to, czy kobiety częściej będą się decydowały na dziecko, nie będzie miało decydującego wpływu na liczbę urodzeń. Dużo istotniejsze jest to, że kobiet w wieku rozrodczym jest coraz mniej. To efekt niskich wskaźników dzietności w przeszłości. Zatem przyrostu naturalnego trwale nie poprawimy, możemy się tylko starać o poprawę wskaźnika dzietności, czyli liczby dzieci przypadających na kobietę w wieku rozrodczym. To pozwoli na zmniejszenie przewidywanego spadku liczby urodzeń.

Jak szybko możemy to poprawić?

Dzietności nie da się tak szybko poprawić. Zależy nam, by kobiety rodziły więcej dzieci, by poprawiały się wskaźniki płodności. W ostatnich dwóch, trzech latach zwiększyła się częstotliwość urodzeń w kluczowej dla wskaźnika płodności grupie 25-39 lat. Na razie najwyższe wskaźniki nadal są w grupie 25-29 lat, ale to się powoli zmienia i coraz starsze kobiety decydują się na macierzyństwo. Wzrastają cząstkowe wskaźniki płodności kobiet w wieku 30-34 lata, a także, choć nieco słabiej, kobiet w wieku 35-39 lat. Przełożyło się to na wzrost urodzeń, ale dotyczył tylko urodzeń drugich dzieci, czyli tych, na których ustawodawcom najbardziej zależało w programie 500 plus. Zaobserwowaliśmy również wzrost liczby urodzeń dzieci trzecich. Niestety, niepokoi fakt, że zmniejsza się liczba urodzeń pierwszych. Po nieznacznym wzroście tych urodzeń w 2016 roku o 1 procent w stosunku do 2015 roku, nastąpił powrót do tendencji spadkowej, którą obserwujemy od 2010 roku. Udział urodzeń pierwszych dzieci zmniejszył się z 48,7 procent w 2010 roku do 42,9 procent w 2017 roku. Zarysowuje się polaryzacja, czyli pojawia się coraz więcej par, które w ogóle nie chcą zostać rodzicami.

Zanotowany w 2017 roku wzrost dzietności nastąpił dzięki 500 plus?

Ten wzrost nie jest skutkiem tylko i wyłącznie wprowadzenia programu 500 plus. Wcześniej wprowadzono wiele rozwiązań, jak na przykład urlopy rodzicielskie i uelastycznienie urlopów rodzicielskich, świadczenie rodzicielskie, Karta Dużej Rodziny, modyfikacja ulg podatkowych, weryfikacja kryterium dochodowego i podniesienie wysokości świadczeń rodzinnych, których efekty obserwujemy teraz. Poprawiły się możliwości wychowywania dzieci, poza tym poprawiła się również sytuacja na rynku pracy - wzrost płac i spadek bezrobocia. Pozycja pracowników na rynku pracy się wzmacnia, a to ma znaczenie przy podejmowaniu decyzji o posiadaniu dzieci i pomaga w zapewnieniu odpowiedniego standardu wychowania. Poprawiły się też instytucjonalne usługi opiekuńcze nad dziećmi, a z drugiej strony przy wyższych zarobkach łatwiej można zatrudnić dodatkową pomoc. Te wszystkie czynniki sprzyjały temu, że więcej rodziców uznało, że nastał dobry czas i podjęło decyzję o drugim i trzecim dziecku. To nie jest tylko skutek 500 plus.

Czy są jeszcze jakieś inne sposoby poprawy dzietności?

Oczywiście, że można inaczej. Choć potrzebne były te transfery pieniężne dla rodzin, bo były sygnałem, że społeczeństwo poprzez budżet państwa chce uczestniczyć w wysiłku wychowywania dzieci. Ale oprócz kosztu bezpośredniego rodzicielstwa jest i koszt pośredni, który wiąże się czasem z rezygnacji z pewnych rzeczy, z pracy, z rozwoju zawodowego. Tak dużego wsparcia rodzin za pomocą bezpośrednich transferów pieniężnych wcześniej nie było. Był kryzys ekonomiczny, zamrożone były progi dochodowe przy zasiłkach rodzinnych. Były próby wsparcia finansowego przez ulgi podatkowe, ale powiedziałabym, że były to małe kroki.

Czy 500 plus można było zrobić lepiej?

Jestem za wspieraniem finansowym rodzin, ale nie w sposób, który został przeprowadzony. Zrobiono to poza systemem świadczeń dla rodzin, który funkcjonuje. Powoduje to określone koszty, obciążanie dodatkową pracą urzędników administracji publicznej. Można to było zrobić inaczej. Należy jednak dostrzec, że ten transfer był bardzo przydatny, choć powinna być większa selektywność tego rozwiązania pod względem kryteriów dochodowych.

Ale czy program był silnym bodźcem, by zostać rodzicem?

Jak się okazało – nie, nadal spada liczba pierwszych urodzeń. W ograniczonym zakresie udało się przyspieszyć kalendarz (podjęcie decyzji o kolejnych dzieciach). Nie jest to jednak sposób na wpływanie na podjęcie decyzji o dzieciach.

A jak będzie to wyglądać w kolejnych latach?

Współczynnik dzietności nie będzie szybko wzrastał. Ja się niepokoję, że będzie rosła część osób, które z własnego wyboru nie będą chciały mieć dzieci. Jest jeszcze kilka elementów, które mogą wpływać na dzietność i przyrost naturalny. Na przykład stan zdrowia ludności czy infrastruktura wspierająca decyzje prokreacyjne. Coraz więcej osób młodych ma problemy z prokreacją. To wynika z różnych czynników, nie tylko związanych z opóźnianiem decyzji o dziecku, ale także środowiskowych. Kobietom trudniej zajść w ciążę, jest więcej poronień. A mężczyźni mają mniejszy potencjał do zapładniania. Dzięki postępowi medycyny jest coraz więcej osób w populacji o różnych ograniczeniach zdrowotnych. Maleje więc potencjał reprodukcyjny populacji. Mamy na to wpływ w pewnym stopniu, medycyna ma środki, by wspierać prokreację. U nas się jednak nie docenia znaczenia czynników wpływających na potencjał prokreacyjny ani leczenia niepłodności. W dyskusji o wspieraniu prokreacji cała infrastruktura dotycząca zdrowia reprodukcyjnego jest pomijana i nie zastanawiamy się, jak pomóc młodym osobom w podejmowaniu decyzji o tym, czy i ile chciałyby mieć dzieci. Głośno jest tylko o in vitro, ale poza tym problem zdrowia prokreacyjnego jest pomijany. Przyjmuje się ideologiczne kryteria do oceny tego zjawiska, a przecież mówimy o stanie zdrowia Polaków.

Czy niższa dzietność jest efektem tego, że kobiety przedkładają karierę nad dzieci?

Kobiety chcą zdobyć pewną pozycję materialną i zawodową, zanim zostaną matkami. Inwestują w wykształcenie. W związku z tym wejście na rynek pracy jest coraz późniejsze. Trzeba się dostosowywać do coraz większych wymagań na rynku pracy, niewiele osób ma jedną stabilną pracę przez całe życie. Zainwestowanie w wykształcenie i rozwój zawodowy powoduje, że trudniej jest później z tych rzeczy zrezygnować. Rodzicielstwo ma większe znaczenie dla rozwoju zawodowego kobiet niż mężczyzn. To też wynika z czynników kulturowych, które z kolei wpływają na rozwiązania polityki rodzinnej. Niestety, wciąż istnieje tak zwana "motherhood penalty". Kobiety, które decydują się na dzieci, zarabiają mniej i mają trudności ze znalezieniem pracy czy pozostaniem w zatrudnieniu, czy pracą w pełnym wymiarze czasu pracy bez względu na kwalifikacje, umiejętności czy doświadczenie. Luka płacowa według płci czy różnice w przebiegu pracy zawodowej przekładają się na niekorzystne dla kobiet różnice emerytur. Oczywiście wynika to z tego, że matki nie są tak zaangażowane na rynku pracy jak ojcowie ze względu na zobowiązania rodzinne. Ale przecież dzieci mają dwoje rodziców. Dlaczego zatem tylko od kobiet oczekuje się wycofywania z rynku pracy w związku z opieką nad małym dzieckiem? A przecież powinno się zwracać uwagę na to, że oboje rodziców w pewnym momencie powinno ograniczyć swoje zaangażowanie na rynku pracy, by zaopiekować się dzieckiem.

Co z tym zrobić?

Powinien być silniejszy nacisk, by do kodeksu pracy wprowadzać rozwiązania łączenia pracy zawodowej z rodziną. Nabierają one coraz większego znaczenia. Przy czym zmieniają się też adresaci tych rozwiązań. Na początku dyskutowano o łączeniu pracy zawodowej z opieką przez matki, a ojcowie nie istnieli. Na szczęście teraz się to zmienia i coraz częściej mówi się o opiekunach i rodzicach. I o coraz większym zaangażowaniu ojców. Trzeba odejść od postrzegania mężczyzny jako jedynego żywiciela rodziny - pracownika, a kobiety w roli opiekunki.

Jak zwalczać lukę płacową?

Za pomocą zachęcania ojców, by także korzystali z przerw w pracy w związku z opieką nad małym dzieckiem. Na przykład takim rozwiązaniem są urlopy rodzicielskie skierowane do obojga rodziców, wprowadzone w 2013 roku. Niestety, na początku nazywane były macierzyńskimi. Dotąd ich wykorzystanie przez ojców wciąż jest niewielkie, ale rośnie i uważam, że to się będzie zmieniać. Korzystanie z tych urlopów nie zależy niestety tylko i wyłącznie od chęci ojca uczestniczenia w opiece. Są jeszcze bariery kulturowe - pracodawcom łatwiej zaakceptować kobiety, które idą na tego typu urlopy.

Populacja nie tylko Polski, ale i Europy się starzeje. Żyjemy na Starym Kontynencie. Dosłownie.

To jest zmiana cywilizacyjna obserwowana od wielu lat. To, jaka jest struktura wieku ludności, zależy od trzech elementów. Od płodności, czyli od tego, ile dzieci się rodzi, umieralności, czyli jak długo żyjemy oraz od migracji. W krajach rozwiniętych osiągnięto największy sukces w wydłużaniu życia, ale jednocześnie nastąpił głęboki spadek dzietności do poziomu poniżej zastępowalności pokoleń. Proces starzenia się populacji jest globalnym i nieodwracalnym rezultatem przemian procesu odtwarzania pokoleń. Pewne kraje są bardziej zaawansowane w tych przemianach, jednocześnie "radząc sobie lepiej" z tymi zmianami. Na przykład Francja czy Szwecja nigdy nie miały wskaźnika dzietności poniżej 1,6 (urodzeń na jedną kobietę), więc udało się te procesy spadku dzietności zahamować. W Europie Południowej i Środkowej ten wskaźnik spadł poniżej 1,3, co oznacza już bardzo niską dzietność. To zmniejsza podstawę piramidy wieku i sprawia, że te "mało liczne" roczniki przechodząc do kolejnych grup wieku tworzą mniej liczną grupę kobiet w wieku rozrodczym czy potencjalne zasoby pracy określane przez liczbę osób w tak zwanym wieku produkcyjnym. Starzenie się populacji, czyli wzrost liczby osób w wieku starszym, jest związane z wydłużaniem życia ludzkiego, ale ich udział w całej populacji zależy od zmian płodności. Zatem problemem jest spadek płodności – pozostawanie jej na poziomie poniżej zastępowalności pokoleń intensyfikuje proces starzenia się ludności.

Jak szybko rośnie liczba osób uznanych za starsze i jaki mają udział w całej populacji?

W dyskusji o starzeniu się ludności na świecie odwołujemy się na ogół do struktury wieku i osób w wieku 60 lat i więcej uznawanych za osoby starsze. Ale w krajach rozwiniętych ta granica wieku starszego się przesuwa do 65 lat. Uważa się, że nie powinno być jednego arbitralnego wieku, a powinno to zależeć od oczekiwanej długości życia w danym kraju. Przyjmuje się, iż okres wieku starszego powinien trwać co najwyżej 15 lat. Zatem na przykład w Szwecji w 2013 roku wiek starszy dla kobiet to około 75 lat, zaś dla mężczyzn – 70 lat. W tym samym roku za starszą osobę w Polsce należałoby uznać kobietę w wieku co najmniej 71 lat oraz mężczyznę w wieku 66 lat. Uznaje się, że ten pomiar daje dokładniejszy obraz tego, jak przebiega proces starzenia populacji. Wedle tego nowego podejścia liczba osób starszych nadal będzie rosła, ale już nie tak szybko.

Co to oznacza dla ustalenia wieku produkcyjnego i emerytalnego?

Jestem za elastycznym wiekiem emerytalnym. Może być to wiek wyjściowy od 65 do 70 lat, ale zmiana statusu na rynku pracy polegałaby na częściowym i stopniowym wycofywaniu się, łączeniu świadczenia emerytalnego z kontynuacją pracy, ale w zmniejszonym wymiarze. W ten sposób można by korzystać z doświadczenia osób starszych na rynku pracy, a z drugiej strony nie byłyby one zbytnio obciążone. To jest kierunek, w którym powinniśmy zmierzać. W Polsce jest to niestety również przymus ekonomiczny, bo będzie mniej osób, które mogą pracować, czyli osób w tak zwanym wieku produkcyjnym. Jednak trzeba dodać, że choć mamy coraz więcej osób w starszym wieku, to cieszą się one lepszym zdrowiem niż osoby w tym samym wieku kalendarzowym kilkanaście lat temu. Dlatego arbitralne odchodzenie z rynku pracy w wieku 60 lat nie ma sensu. Poza tym przy zmniejszających się potencjalnych zasobach pracy musimy je jak najlepiej wykorzystać. Coraz silniej odczuwamy bowiem barierę rozwoju, jaką jest brak pracowników. W ciągu najbliższych 20-30 lat kluczową sprawą jest jak najlepsze wykorzystanie potencjału ludzkiego i wzrost osób aktywnych zawodowo, by tworzyły PKB i płaciły podatki, z których finansowane są  świadczenia emerytalne.

Coraz mniej ludzi w wieku produkcyjnym jest problemem, którego nie rozwiąże 500 plus. Co jeszcze musimy zrobić?

Imigracje mogą pomóc w ograniczaniu spadku zasobu ludzi zdolnych do pracy. Wiadomo jednak, że sama imigracja ludności nie jest w stanie zahamować starzenia ludności i nie zastąpi wzrostu dzietności. Dlatego należy się zastanowić, jak wspierać dzietność, zwłaszcza że możliwości podniesienia jej są ograniczone. Ważne jest, by ten wskaźnik nie wynosił 1,3, ale był bliżej 1,8 czy 2 - progu zastępowalności pokoleń. Ale imigracja pozostaje ważnym czynnikiem kształtującym przyrost rzeczywisty, który łagodzi efekty negatywnego przyrostu naturalnego. Polska już się otworzyła na imigrantów, tylko się o tym mało mówi. Mówimy o tym, że mamy około milion pracowników z Ukrainy, mamy wielu studentów zza wschodniej granicy. Jednak podkreślam - imigracja nie jest sposobem na definitywną zmianę przebiegu procesu odtwarzania pokoleń. Pomaga w bilansie zasobów osób w wieku produkcyjnym, bo na ogół przyjeżdżają ludzie młodzi. Najlepszym przykładem są Niemcy, które od lat 70. wspierają swój rynek pracy. Ale dzietność pozostawała na niskim poziomie około 1,4 przez długie lata. Dopiero po 2010 roku poziom dzietności się poprawił (około 1,6 w 2017 roku), co można przypisać konsekwentnym działaniom polityki rodzinnej od ponad 10 lat. Wkład imigrantów w dzietność nie jest na tyle znaczący, by zasadniczo zmienić tę sytuację. Nie możemy ignorować imigracji, ale ona nie rozwiąże naszych problemów wynikłych z utrzymywania się niskiej dzietności.

Irena E. Kotowska jest profesorem zwyczajnym w Instytucie Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, kieruje Zakładem Demografii. Jest również wiceprzewodniczącą Rady Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, przewodniczącą Komitetu Nauk Demograficznych PAN. Należy do zespołu ekspertów przy Kancelarii Prezydenta RP pracujących nad  programem polityki rodzinnej. Współpracuje z GUS w zakresie badań demograficznych, rynku pracy i warunków życia gospodarstw domowych, a także z Instytutem Badań Edukacyjnych oraz UNDP. Jest ekspertem krajowym w zakresie procesów ludnościowych, rynku pracy i statystyki społecznej, a także badań w dziedzinie nauk społecznych i humanistycznych. Członek Naukowej Rady Statystycznej, Rządowej Rady Ludnościowej, oraz Komitetu Nauk o Pracy i Polityce Społecznej PAN oraz członek Interdyscyplinarnego Zespołu ds. Współpracy z Zagranicą w MNiSW. Jest przedstawicielem Polski w European Statistical Advisory Committee, ciała doradczego dla Eurostatu. Została powołana do Expert Group on Social Investment for Growth and Cohesion Komisji Europejskiej.

Podziel się:

Bądź na bieżąco:
  • Komentarze (12)

Dodaj Komentarz

Zaloguj się , aby dodać komentarz
Forum jest aktualizowane w czasie rzeczywistym
+0 nowe komentarze
zenon_z_alei
  • 4
  • 1
  • zgłoś naruszenie
zamknij
Teretoto
Faceci dzisiaj to boją się nawet spojrzeć na dziewczynę, bo mogą jeszcze być oskarżeni o molestowanie lub co gorsza o gwałt!
  • 6
  • 1
  • zgłoś naruszenie
zamknij
dawidov
Masz racje, strach podrywac dziewczyne, bo jak jej sie cos nie spodoba to chlop bardzo szybko moze byc oskarzony o molestowanie. A wiec bezpieczniej nie podrywac, dac se spokoj z kobietami, od czasu do czasu zabawic sie bez wzajemnego obowiazku a dzieci niech rodzi rzad.
  • 0
  • 1
  • zgłoś naruszenie
zamknij
lubin1949
500+ plus nie zadziałało?
  • 6
  • 1
  • zgłoś naruszenie
zamknij
kg1955
Za to liczba alkoholików wzrosła a dzieci nie chcą się rodzić u niepracujących rodziców.
  • 7
  • 1
  • zgłoś naruszenie
zamknij
mani_ok
Weź lubin czasami spójrz na wykresy a nie bezmyślnie klepiesz to co Ci redaktor podsuwa. 500+ zadziałało i działa - nikt o zdrowych zmysłach temu nie zaprzeczy.
  • 0
  • 6
  • zgłoś naruszenie
zamknij

Zasady forum

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN24BiŚ nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Ustawienia

Zamknij ustawienia
Ustawienia zostały zapisane