• rozwiń
    • WIG20 2184.35 -0.19%
    • WIG30 2509.19 -0.32%
    • WIG 56561.79 -0.18%
    • sWIG80 11621.76 -0.27%
    • mWIG40 3894.19 -0.62%

Ostatnia aktualizacja: 2019-05-17 17:15

Dostosuj

Ekonomiści krytyczni wobec projektu budżetu

Ekonomiści krytyczni wobec projektu budżetu
Foto: TVN CNBC / fot. PAP Foto: Budżet 2012 w oczach ekonomistów

Nie wnosi nowej jakości, z powodów wyborczych bezrefleksyjnie powtarza stare sposoby wydatkowania pieniędzy, na dodatek może się wywrócić, gdy z jakiegoś powodu gospodarka zwolni - ekonomiści dość krytycznie podchodzą do przyjętego przez rząd projektu budżetu na 2012 rok.

Projekt przewiduje, że dochody budżetu wyniosą 292,7 mld zł, wydatki: 327,7 mld zł, zaś deficyt budżetu - 35 mld złotych. Oznacza to, że deficyt finansów publicznych ma spaść do obiecanego Brukseli poziomu 2,9 proc. PKB 

Tylko reformy brak?

Wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha Andrzej Sadowski uważa, że budżet 2012 jest podobny do tych z poprzednich lat. - Nie uruchamia on procesu reformy finansów publicznych. Jest oparty na powtarzalnym od lat schemacie, jeżeli chodzi o utrzymanie wszystkich pozycji podatkowych - stwierdza ekonomista.

Jak wskazuje, choć utrzymanie deficytu na poziomie 35 mld zł jest możliwe do zrealizowania, to ważniejszą sprawą jest wzrost długu publicznego. - Polska dziś jest trzecim krajem w Europie pod względem tempa wzrostu długu publicznego. W projekcie budżetu eksponuje się wyłącznie deficyt, którym w zręczny sposób można manipulować i pokazywać, że się go ogranicza - zaznacza Sadowski.

Jak podsumowuje, przyszłoroczny budżet "nie wnosi żadnej nowej jakości", a jeśli Polska będzie w najbliższych latach realizowała podobne budżety, to znajdzie się "na najlepszej drodze, by znaleźć się w sytuacji Grecji czy Portugalii".

Budżet wyborczy?

Natomiast Bohdan Wyżnikiewicz z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową wytyka, że rząd z powodu zbliżających się wyborów utrzymuje sytuację nadmiernych wydatków budżetu. - Przez lata wydawano znacznie więcej niż państwo było stać i rząd jakby chce tę sytuację zamrozić - stwierdza ekonomista.

Jak wskazuje, rząd powinien zrobić dawno przegląd wszelkiego rodzaju systemów waloryzacji świadczeń i wydatków, bo ten system był tworzony spontanicznie, bez ładu i składu. - Tutaj nie widać żadnych ruchów porządkujących wydatki, tylko dbanie, żeby nie naruszyć kieszeni tak naprawdę nie ludzi, ale wyborców, bo czekają nas wybory - stwierdza. Oczywiście trzeba pochwalić większe wydatki na naukę, edukację - dodaje.

W jego opinii przy takim podejściu osiągnięcie 35-miliardowego deficytu może w rej sytuacji okazać się niemożliwe, - Reguła wydatkowa też jest słusznym podejściem, ale te oszczędności powinny być jednak znacznie bardziej dotkliwe - stwierdza Wyżnikiewicz.

Krytykuje tez sam sposób konstruowania budżetu państwa. Według niego jest wręcz patologią, że ministrowie zawyżają swoje potrzeby, licząc się z tym, że "tak i tak im to obetną". - Tu nie ma jakiejś zasady. Jakiś klucz musi być, tak nie można racjonalnie planować wydatków. Dużo jest takich mechanizmów, które należałoby usunąć i wtedy wydatki by się skurczyły przez same ruchy organizacyjne - uważa ekonomista.

Wskazuje też inne możliwe źródła oszczędności. - Nie bardzo rozumiem, dlaczego mamy być lepsi od innych krajów i nie odbierać pieniędzy, które zostały przyznane bez większego uzasadnienia. Przypadkiem zupełnie karykaturalnym są wcześniejsze emerytury górników, wywalczone przed Sejmem. Omija się sprawę opodatkowania rolników, zwłaszcza tych, którzy działają na skalę przemysłową, itd. O tym mówi się od lat, a tutaj słyszymy, że nie można ludzi uderzyć po kieszeni. To jest nastawione na kampanię wyborczą - podsumowuje Bohdan Wyżnikiewicz.

Dochody zbyt optymistycznie oszacowane?

Także główny ekonomista banku Millennium Grzegorz Maliszewski uważa, że rząd zbyt łaskawie podchodzi do możliwych cięć w wydatkach budżetowych. - Założenia makroekonomiczne są dość konserwatywne i trudno posądzić ministerstwo finansów o optymizm. Natomiast założenia dotyczące dochodów, szczególnie podatkowych, które mają wzrosnąć o niemal 9 proc., wyglądają dość optymistycznie. Zejście z deficytem sektora finansów publicznych poniżej 3 proc. jest bardzo mocno optymistycznym scenariuszem - stwierdza Maliszewski.

W jego opinii są podnoszone podatki, jest prowadzona zmiana w systemie emerytalnym, natomiast niewiele się dzieje po stronie wydatkowej, a to ona jest główną bolączką systemu finansów publicznych.

Na papierze będzie się zgadzać?

- To budżet przetrwania. Budżet, który nie wprowadza żadnych istotnych reform w polskiej gospodarce, bazuje na tym, że polska gospodarka będzie się tylko rozwijała - uważa z kolei dyrektor pionu analiz, relacji inwestorskich i strategii PKO BP Ryszard Petru.

W jego opinii istnieje poważne zagrożenie, że wzrost gospodarczy okaże się niższy niż zaplanowano. Jego zdaniem jako czynniki ograniczające wzrost PKB można wskazać mniejsze niż dotychczas wykorzystanie środków unijnych, rządową propozycje ograniczające możliwości inwestycyjne samorządów.

- Ale inflacja prawdopodobnie podbije dochody. Wyższa inflacja oznacza nominalnie wyższe dochody, a jak wiadomo, wydatki będą bez zmian - zauważa ekonomista.

W tej sytuacji fundamentalnym zagrożeniem jest najmniejsze spowolnienie gospodarcze. -Powtórzy się to, co się stało w ostatnim kryzysie: czyli spadną dochody, wzrosną wydatki, zwiększy się deficyt i dług. Jedynym miejscem, w którym można ciąć, są inwestycje - wylicza Petru.

Także on wytyka, że budżet nie rozwiązuje "fundamentalnego problemu polskich finansów publicznych, jakim są zbyt wysokie wydatki sztywne". - Udział wydatków sztywnych w całym budżecie jest zbyt wysoki i jak wiadomo, w okresie kryzysu nie można ich zmienić, tylko trzeba ciąć akurat to, co najbardziej potrzebne, czyli wydatki inwestycyjne. Generalnie budżet powtarza ten błąd. Różnica polega na tym, że dzisiaj jesteśmy na znacznie wyższym poziomie długu do PKB, niż jeszcze kilka lat temu - stwierdza Ryszard Petru.

Byle się nie wywróciło?

- Projekt budżetu na 2012 rok jest podręcznikowym przykładem tego, w jaki sposób prowadzić na papierze konsolidację fiskalną przy bardzo dużym deficycie - uważa główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu Janusz Jankowiak.

W jego opinii konstrukcja budżetu opiera się na prostym mechanizmie: - Najpierw motorem wzrostu gospodarczego jest deficyt i wydatki publiczne. Następnie w miejsce tych dużych wydatków publicznych, które generowały duży wzrost gospodarczy, zaczynają wchodzić wydatki prywatne. W związku z tym wydatki publiczne mogą się zmniejszyć, co poprawia pozycję fiskalną państwa. Jednocześnie następuje poprawa wyniku eksportu netto. W ten sposób można pozwolić sobie na to, żeby założyć spadek popytu prywatnego w gospodarce. To jest uzasadnione względami demograficznymi, bo liczba pracujących będzie się zmniejszała - opisuje Jankowiak.

Jak zauważa, z taką konstrukcją trudno polemizować. - Bo ona jest logiczna. Tyle tylko, że jest niesprawdzalna. To oznacza, że uchylenie któregokolwiek z tych założeń - na przykład takiego, że nie będzie wzrostu prywatnych inwestycji, że będziemy mieli klasyczny cykl dezinwestycyjnego wzrostu taki, jak w roku 2001 i 2002 - powoduje, że ta projekcja 'wywraca się i nie spina' - stwierdza ekonomista.

//sk

Podziel się:

Bądź na bieżąco:
  • Komentarze (0)

Dodaj Komentarz

Zaloguj się , aby dodać komentarz
Forum jest aktualizowane w czasie rzeczywistym
+0 nowe komentarze

Zasady forum

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN24BiŚ nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Ustawienia

Zamknij ustawienia
Ustawienia zostały zapisane