• rozwiń

Mydelniczka, trampek, kartonowe pudełko. Ten samochód to legenda

Ostatni trabant zjechał z taśmy 25 lat temu. Dziś dostaje drugie życie Odtwórz: Ostatni trabant zjechał z taśmy 25 lat temu. Dziś dostaje drugie życie
Foto: lumen-digital / Shutterstock.com Foto: Ostatni trabant zjechał z taśmy produkcyjnej 25 lat temu | Video: Ostatni trabant zjechał z taśmy 25 lat temu. Dziś dostaje drugie życie

25 lat temu z taśmy produkcyjnej zjechał ostatni trabant. - To był marzenie wielu kierowców i trzeba było czekać lata, żeby tego trabanta kupić - na antenie TVN24 BiS wspominał dziennikarz motoryzacyjny Roman Dębecki z portalu Auto Świat.

Trabant przyczynił się do zmotoryzowania byłego NRD w znacznie większym stopniu niż maluch czy duży fiat w Polsce. Tuż przed zjednoczeniem Niemiec, we wschodniej części kraju na cztery osoby przypadał jeden samochód. Wśród nich w dużej mierze, powstałe w latach 50., trabanty.

Niezniszczalna karoseria

- Zawsze brakowało czegoś w socjalizmie, np. stali - wspominał Roman Dębecki. - Wymyślono, że trabant karoserię będzie miał plastikową. To był dobry materiał, przy czym niezwykle toksyczny i trudny w obróbce. Natomiast on jest na tyle trwały, że za jakieś 500 lat jakiś archeolog odkopie trabanta. Tam wszystko zgnije, ale karoseria zostanie - dodał.

Zdaniem Dębeckiego trabant w swoim czasie był bardzo dobrym samochodem, jednak dotyczy to lat 50. i 60. Potem stawał się coraz bardziej archaiczny.

- Miał jednak swoje zalety - zaznacza dziennikarz, zaliczając do nich dwusuwowy, mocny silnik (który był trujący, ale wówczas mniej na to zwracano uwagę), duże wnętrze, które mieściło cztery osoby, duży bagażnik.

- W porównaniu z maluchem, trabant był dużym, rodzinnym samochodem z olbrzymimi bagażnikiem - stwierdził Dębecki.

Fani z całego świata

Miłośnicy trabantów spotykają się na całym świecie.

- Tylko w Polsce jest kilka zlotów w roku - zaznaczył gość TVN24 BiS. - Oczywiście jest sentyment do tego auta. Im ono jest starsze, tym sentyment jest większy, tak jak do aut PRL - dodał.

Roman Dębecki, który sam jest kolekcjonerem, zauważa, że posiadanie starych aut staje się coraz powszechniejszą modą.

- Dobrze, że jest taka tradycja, że te samochody są jakoś zachowane - mówił gość TVN24BiS. - To jest bardzo fajne zjawisko, ja się z tego cieszę - dodał.

Bez szans na powrót

Redaktor Dębecki uważa, że wskrzeszenie starych aut na masową skalę jest niemożliwe.

- To są sentymentalne próby, ale niestety to są próby z góry skazane na niepowodzenie - ocenił Dębecki. - Nie ma szans, żeby znowu zacząć produkować neosyrenę, neowarszawę - ocenił.

Gość TVN24 BiS zwraca uwagę, że można stworzyć coś, co nawiązuje do tych aut, jednak do tego potrzeba bardzo dużo pieniędzy. Zauważa, że do tradycji udało się nawiązać koncernom, które wyprodukowały Mini, New Beetle i Fiata 500.

- Ale to są auta, które zostały przygotowane przez wielkie koncerny, poszły za tym wielkie nakłady - wyjaśniał Dębecki. - Zbudowanie nowego modelu samochodu wymaga kilku miliardów złotych. Nikt takich pieniędzy w Polsce nie ma i nikt poza Polską nie ma sentymentów do warszawy czy syreny.  Można zbudować jakiś egzemplarz. Sentymentalnie nawet to rozumiem - ocenił.

Inwestycja przeplatana przyjemnością

Dębecki szacuje, że na odrestaurowanie syreny należy przeznaczyć kilkanaście tys. zł, a warszawy kilkadziesiąt tys. złotych. Odbudowane należycie auta mogą nam posłużyć jeszcze przez kilkadziesiąt lat, z roku na rok nabierając wartości.

- Trzeba powiedzieć, że auta zabytkowe drożeją co roku o jakieś 8-10 proc. To jest nie tylko przyjemność, nie tylko możliwość przejechania się  oryginalnym samochodem z epoki, który ma 50-60 lat, ale również dobra inwestycja - ocenił Dębecki. - Auto nowe, już po wyjeździe z salonu, traci kilka proc. na wartości, a te samochody jednak co roku zyskują. To miły element związany z kolekcjonowaniem - dodał.

Kilka rad kolekcjonera

- Ta osoba, która zastanawia się nad odbudową czy nad wyborem jakiegoś modelu, powinna pojechać na zlot, zobaczyć, jak te samochody wyglądają, porozmawiać z kilkoma osobami, które już to mają za sobą. Wtedy uniknie wielu wpadek i błędów - stwierdził redaktor Dębecki. - Odbudowa takiego zabytkowego samochodu jest trochę jak remont starego domu. Popełnia się mnóstwo błędów i dopiero za drugim czy trzecim razem te błędy są wyeliminowane - zaznaczył.

Jak twierdzi Dębecki, kolekcjonerzy i pasjonaci chętnie dzielą się swoją wiedzą. Pomagają znaleźć odpowiedni samochód, a nawet warsztat oraz części. Po kilku latach spędzonych na obudowie przychodzi czas na ukoronowanie - zaproszenie na zlot i przejazd w paradzie.

- Wysiłek jest spory. Odbudowa zabytkowego auta jest i pracochłonna, i czasochłonna, i sporo kosztuje - ostrzega jednak dziennikarz.

Ustawienia

Zamknij ustawienia
Ustawienia zostały zapisane